W Górach Velebit i Plitvickich Jeziorach

Podobnie jak w latach poprzednich na majowy długi weekend wybraliśmy się w tym samym składzie (ja, Mig, Katerina, Kocims i Horhe) do Paklenicy. Wspinaczkowa część naszej ekipy okupowała Dolinę Wielkiej Paklenicy, z kolei ja z Mig mieliśmy trochę inne cele ze względu na nasze ostatnie nie wspinanie. Celem numer jeden był mój bieg Viewpoint Green 25 odbywający się w ramach festiwalu biegowego Paklenica Trail Run. Drugim celem było zagłębienie się w mniej nam znane rejony Gór Velebit w okolicach Starigradu.

Viewpoint Green 25
Bieg odbywał się w sobotę 29 kwietnia. Dystans 25 kilometrów, który miałem pokonać może nie powalał ale spodziewałem się, że na tę chwilę jest to mój limit. W przeddzień biegu dotarliśmy do Starigradu około południa, zmęczeni całonocną podróżą. Deszczową jazdę samochodem zrekompensował nam wieczorny zachód Słońca nad Adriatykiem oraz przepyszne jak zawsze kalmary nad samym morzem u Luciji.
DSC02334
Jeden z zachodów słońca widziany z campingu

W międzyczasie odebrałem pakiet startowy z numerem 110. Szału nie było, w środku koszulka Saucony bez żadnych pamiątkowych nadruków i ku mojemu zdziwieniu… medal. No cóż widocznie tu są inne zwyczaje 😉

W sobotę bieg startował o 11. Przed startem każdy przeszedł niezbyt szczegółową kontrolę odnośnie niezbędnego wyposażenia. Do rywalizacji na moim dystansie stanęło 94 zawodników i zawodniczek.
DSC02302
Przygotowania do startu, fot. Mig

Równo o 11 po głośnym odliczeniu od 10 do 1 usłyszeliśmy „Run Forest, run!” i rozpoczęła się zabawa 🙂


Start biegu, film by Mig

DSC02313
Lecę, pędzę :), fot. Mig

Pierwsze pięć kilometrów biegu wiodło asfaltem głównej drogi Starigradu, następnie koło słynnego Dinka skręciliśmy w lewo w stronę Doliny Wielkiej Paklenicy, by po około kilometrze wbiec w szutrową drogę prowadzącą wzdłuż podnóża gór w stronę Doliny Małej Paklenicy. Na piątym kilometrze usytuowany został pierwszy punkt kontrolny oraz żywieniowy. Woda, izotoniki i drobne przekąski. Tu trasa 25 kilometrów odbijała w lewo i rozpoczynało się czterokilometrowe podejście z przewyższeniem około 700 metrów. Droga zmieniła się w wąski szlak turystyczny, miejscami zarośnięty, pełny luźnych kamieni oraz wystających korzeni jakich w Paklenicy jest mnóstwo. Podejście dawało nieźle w kość, tym bardziej że słońce przygrzewało. Na dziewiątym kilometrze teren wreszcie się wypłaszczał, delikatnie obniżał się na płaskowyż położony pomiędzy okolicznymi szczytami. Tu usytuowany był drugi punkt kontrolny i żywieniowy. Dorwałem się do bananów i pomarańczy oraz izotonika, który był pyszny. Po krótkiej, acz miłej pogawędce z parą obsługującą punkt ruszyłem dalej. Kolejne pięć kilometrów biegu wiodło przez płaskowyż z niewielkimi deniwelacjami terenu raz to w górę, raz w dół. Widoki dookoła były przepiękne. Przede mną rozpościerały na horyzoncie swe ramiona najwyższe partie Welebitu, po lewej stronie górowały nad Doliną Paklenicy szczyty Anicy Kuk i Debeli Kuk. Oczy cieszyły się same. Na czternastym kilometrze rozpoczął się zbieg do schroniska Paklenicki Dom. Droga skręcała tu w lewo i bardzo ostrym zboczem opadała w dół. Niestety trudny teren, korzenie i dużo luźnych kamieni nie pozwalało na rozwinięcie skrzydeł na zbiegu. Przy schronisku znajdował się kolejny punkt kontrolny i żywieniowy. Zjadłem pół banana, napiłem się izo i już ruszałem w dół główną drogą biegnącą przez dolinę, gdy za swoimi plecami usłyszałem bardzo głośne „Ejjjjj!!!”. Obsługa punktu pokazuje mi, że biegnę nie w tę stronę. „Jak to kurwa?!” myślę sobie? Przecież tu już miało być w dół do mety. Zawróciłem. Jak się okazało trasa biegu została wyznaczona inaczej niż ja odczytałem to z mapy i profilu. Na moje nieszczęście do pokonania było drugie podejście, o którym myślałem, że mam je już za sobą. Kolejne 400 metrów przewyższenia na około 2 kilometrach wypruło ze mnie flaki, a z moich nóg zrobiło trzęsącą się galaretkę. Zbieg do doliny, który rozpoczął się na osiemnastym kilometrze dokończył dzieła. Gdy dotarłem do głównej drogi biegnącej przez dolinę miałem ochotę płakać. Ale zostało jeszcze ostatnich pięć kilometrów do mety. Z trudem powłóczyłem nogami jednak w myślach miałem, że z każdym krokiem jestem coraz bliżej upragnionego celu – METY!. Gdy przebiegałem koło Dinka i wbiegłem na ostatnią prostą poczułem się jak zwycięzca, mimo że miałem wrażenie że jestem w samym ogonie biegu. Gdy dobiegałem do mety zobaczyłem całą dopingującą mnie ekipę. I w tym momencie zrobiłem coś, o czym marzyłem przez ponad pół dystansu. Złapałem za rękę Mig i na metę wbiegliśmy razem, co skrzętnie zarejestrował na poniższym filmie Horhe 🙂


film by Horhe

Byłem szczęśliwy ale tak wypruty, że nawet nie miałem siły gadać. Czas 4 godzin i 30 minut wydał mi się strasznie słaby. Dopiero po sprawdzeniu wyników po powrocie do domu okazało się, że byłem 43 na 94 startujące osoby, co ewidentnie świadczy o tym, że bieg należy do na prawdę trudnych. Niemniej jednak jeśli ktoś byłby w okolicach Paklenicy w ostatni weekend kwietnia w kolejnych latach, z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że warto! 🙂

Welebit

W niedzielę na rozruch po biegu postanowiliśmy z Monią przejść się trasą biegu. Mig chciała koniecznie zobaczyć całość ale zrezygnowaliśmy z ostatniego odcinka podejścia od schroniska. Ja czułem w nogach 25 przebiegniętych poprzedniego dnia kilometrów, a Mig też jakoś specjalnie nie cisnęła. Trasa biegu, gdy nią szedłem, znacząco się dłużyła ale w końcu miałem czas na rozejrzenie się, podziwianie widoków. Przejście drogi zajęło nam ponad pół dnia, z czego ostatnie kilometry szedłem już ostatkiem sił.
DSC02326
Okolice wsi Jukici, gdzie zlokalizowany był drugi punkt kontrolny

DSC02327
Szczyt Anicy Kuk

DSC02330
Schronisko Paklenicki Dom, przy którym znajdował się trzeci punkt kontrolny

Po zejściu w dolinę wolnym krokiem skierowaliśmy się na camping. Choć się nie spodziewaliśmy, tego dnia zrobiliśmy prawie 30 kilometrów, co skutecznie unieruchomiło mnie na poniedziałek. Zdecydowanie potrzebowałem restu. Stąd też w Święto Pracy nie ruszyliśmy się nigdzie poza krótkim spacerem po Starigradzie i wyjściem do sklepu.
DSC02336
Niewielki port znajdujący się w centrum Starigradu

DSC02341
Mig zapatrzona na Welebit z okolic ruin starej latarni morskiej w Starigradzie

We wtorek postanowiliśmy wraz z Mig i Kateriną zdobyć Bojin Kuk. Szczyt mający 1110 metrów n.p.m. może nie jest zbyt wybitny ale należy pamiętać, że większość gór Welebitu zdobywamy od poziomu morza. Z samego rana odwieźliśmy Anię i Horha do doliny, a sami chcieliśmy podjechać asfaltową drogą wgłąb gór, skąd zaczyna się szlak na szczyt. We wsi Dokeze zatrzymaliśmy się. Asfalt stawał tu dęba, a nasz bus mógłby nie wytrzymać kolejnych pięciu kilometrów z jak na moje oko 20-25% nachyleniem drogi. Postanowiliśmy zostawić tu auto i wydłużyć sobie dzięki temu wycieczkę. Na mapie obczailiśmy kawałek szlaku oraz ścieżkę prowadzące na wschód od wsi, tak aby nie iść asfaltem. Dzień był piękny, słoneczny. Początkowo szliśmy szutrową drogą do niewielkiego przysiółka wsi położonego około półtora kilometra od centrum. Następnie już po typowych dla tego rejonu gór szlakach i ścieżkach, miejscami bardzo zarośniętych przez karłowatą roślinność i trawy.
DSC02345
Widok z jednej z przełączek w stronę Adriatyku

Po około dwóch godzinach marszu dotarliśmy do skrzyżowania szlaków w okolicach Veliki`ego Vaganaca. Tu z prawej strony dochodził szlak z górnego parkingu, do którego nie udało nam się dojechać autem.
DSC_1861
W drodze do Veliki`ego Vaganaca, fot. Mig

DSC_1893
Skrzyżowanie szlaków, fot. Mig

Tu chwilę postanowiliśmy odpocząć. W międzyczasie minęła nas czwórka Niemców idących od parkingu. Wydawało nam się, że widzimy już szczyt Bojin Kuk. Tym bardziej nie spieszyliśmy się, gdyż pogoda miała być przez cały dzień.
DSC02348
Taka sobie lampa

Gdy rozpoczęliśmy ostatnie według nas podejście okazało się, że się mylimy. Po pół godzinie weszliśmy do niewielkiej dolinki, a szlak przed nami piął się znowu w górę i po prawej stronie mijał szczyt, który uznaliśmy za Bojin Kuk. Lekko zdziwieni ruszyliśmy dalej wśród skał, które przypominały mi naszą Jurę. Ich nagromadzenie oraz położenie stwarzało niezwykle urokliwy klimat.
DSC02350
Po prawej stronie góra, którą błędnie uznaliśmy za szczyt Bojin Kuk

DSC_1905
Niezwykle urokliwe formacje skalne, fot. Mig

Po wyjściu na kolejny niewielki grzbiet naszym oczom ukazała się kolejna dolinka i on… górujący nad wszystkim Bojin Kuk. Robił niesamowite wrażenie. Sam masyw jest na prawdę ogromny. Z daleka wydaje się, że wejście na niego poza wspinaniem jest niemożliwe. Zaczęliśmy delikatnie schodzić na dno dolinki. Po drodze minęliśmy wielkiego kutasa, niezwykłą formację skalną. Podejście pod szlak na sam szczyt z tego miejsca zajęło nam kolejne trzydzieści minut.
DSC_1910
Masyw Bojin Kuk, w dole dobrze widoczny kutas, fot. Mig

Na szczyt prowadzi krótka via ferrata, czyli droga ubezpieczona metalową liną, w którą można wpiąć lążę jeśli się ją posiada. Przed rozpoczęciem wspinaczki postanowiliśmy zrobić krótki odpoczynek i popas. Napiliśmy się herbaty, zjedliśmy kanapki i ruszyliśmy w górę. Ogólnie większość szlaku nie stanowi żadnego problemu technicznego poza jednym, około dwudziestometrowym odcinkiem, gdzie bez żelastwa prawdopodobnie nie dałoby się wyleźć. Na wszelki wypadek na dole założyliśmy uprzęże i miejscami dla bezpieczeństwa wpinaliśmy się w linę. Po około dwudziestu minutach krótkiej wspinaczki stanęliśmy na szczycie Bojin Kuk, z którego rozpościerał się niesamowity widok zarówno na Adriatyk, jak i na dalsze zakątki Welebitu.
DSC_1922
Na podejściu, fot. Mig

DSC_1941
Jeden z odcinków via ferraty, fot. Mig

DSC02353
Mig i Katerina na szczycie

DSC02354
Widok ze szczytu

Na górze przez dłuższą chwilę odpoczywamy. Pstrykamy też sporo fotek. Po około pół godzinie postanawiamy schodzić. Zejście również nie nastręcza większych problemów. Jedynie miejsce przedstawione na poniższym filmie jest bardziej czujne i wymaga więcej koncentracji. Na około dwudziestu metrach nie ma za bardzo stopni, trzeba skorzystać z tarcia i dobrze odchylić się do tyłu aby wszystko działało jak należy.


Zejście w najtrudniejszym momencie ferraty na Bojin Kuk, w akcji Katerian i ja, film by Mig

Po zejściu ze szczytu czujemy delikatne rozczarowanie. Wszyscy myśleliśmy, że ferrata będzie dłuższa i ciut trudniejsza ale mimo wszystko jesteśmy zadowoleni. Wrócić postanawiamy jednak nie przez góry ale przez parking. Do parkingu droga zajmuje nam około półtorej godziny. Następnie stromym i krętym asfaltem schodzimy kolejną godzinę bezpośrednio do auta pozostawionego w Dokeze.
DSC_1960
fot. Mig

Dolina Małej Paklenicy
Dolina Małej Paklenicy, to miejsce niezwykłe, urokliwe i tajemnicze. O wiele mniej znana od swej Wielkiej siostry. Razem z Mig postanowiliśmy zgłębić jej tajemnice i szczerze mówiąc nie zawiedliśmy się.

Na początek szlaku można podjechać samochodem lub dojść z centrum Starigradu. Droga to około 6 kilometrów. My wybraliśmy tę pierwszą opcję. Po zapłaceniu za bilet wstępu i przejściu przez bramkę od razu znajdujemy się w zupełnie innym świecie porównując go do Doliny Wielkiej Paklenicy. Nie ma tu szerokiej asfaltowej drogi i tłumów. Ściany niewiele mniejszego kanionu pną się ku niebu tak wysoko, że momentami ciężko zobaczyć ich koniec. A dzikość otaczającej nas przyrody oraz cisza są ucztą dla zmysłów. Przez całą dolinę biegnie wąska ścieżka pnąca się zboczami kanionu. Faktem jest, że żeby przejść wiele odcinków Doliny Małej Paklenicy trzeba się trochę wysilić. W wielu miejscach ścieżka błądzi pomiędzy ogromnymi głazami, które tysiące lat temu odpady od otaczających ją ścian. W kilku miejscach trzeba też użyć rąk aby wgramolić się na niewielkie progi skalne. Niemniej przygoda, jaką można przeżyć w tym dzikim zakątku Welebitu jest niezwykła.
DSC_1977
Strome ściany kanionu Małej Paklenicy, fot. Mig

DSC02358
Dzikość, dzikość i jeszcze raz dzikość

Po drodze możemy odwiedzić niezwykłą jaskinię, która uformowała się w zboczu kanionu. Tu też pomysłowi turyści porozstawiali plastikowe butelki, w które zbiera się woda skapująca ze ścian, dzięki czemu w upalne dni można uzupełnić swoje zapasy.
DSC02360
Jaskinia

DSC_1987
Butelki z wodą w jaskini, fot. Mig

Cały szlak oprowadzony jest dnem wyschniętego koryta rzeki, które w czasie większych opadów zamienia się w urwisty górski potok. W wyższych partiach Doliny woda płynie stale, a w jednym z miejsc zainstalowana jest specjalna lina, dzięki której przy wysokim stanie wody można przejść na drugą stronę do ścieżki.
DSC_1991
Lina nad strumieniem, fot. Mig

Przejście całości szlaku wiodącego przez Dolinę Małej Paklenicy aż do Wielkiej Paklenicy to dla sprawnych turystów wyprawa na pół dnia. Warto jednak odwiedzić ten zakątek.

Plitvickie Jeziora
Położony w centralnej części Chorwacji Park Narodowy Plitwickich Jezior został utworzony w 1949 roku. Jego największą atrakcją jest 16 krasowych jezior, które połączone są licznymi wodospadami i kaskadami. O niezwykłości tego miejsca świadczy choćby fakt, iż w miesiącach letnich dziennie odwiedza go kilka tysięcy turystów.

My do Plitwic dojechaliśmy przedostatniego dnia swojego pobytu w Chorwacji. Zatrzymaliśmy się na nocleg na niezwykłym Camp Bear. Camping prowadzony jest przez Iwa, około 60-letniego gościa mówiącego w kilku językach. Gdy znaleźliśmy wiatę stojącą na końcu campu postanowiliśmy nie rozkładać namiotów. Ogromny drewniany budynek ze stołami i ławami na dole oferuje na górze przytulne spanie na sianie 🙂
DSC02378
Wiata na campie

DSC02379
Miejsce noclegowe

Iwo, jak prawdziwy gospodarz postanowił nas ugościć i zaprosił nas na welkomdrinka, który zakończył się o 2 w nocy. Niezwykła komunikatywność i otwartość właściciela jest godna podziwu. Dla wybierających się do Plitwic i lubiących spanie na campingach miejsce to jest idealne do spędzenia nocy w doborowym towarzystwie.

Park Narodowy Plitwickich Jezior zwiedzaliśmy w sobotę. Istnieją 4 opcje zwiedzania. Każda z opcji jest uwarunkowana długością wycieczki oraz czasem jaki musimy na nią poświęcić. My wybraliśmy opcję siedmiogodzinną, z jedną możliwością skorzystania z tramwaju wodnego i jednym przejazdem ciuchcią elektryczną. Na początku zorientowanie się o co chodzi z wyborem tras oraz przejazdami i pływaniem jest trochę skomplikowana ale dzięki bezpłatnej mapie i bardzo miłej obsłudze szybko można się w tym wszystkim zorientować i wybrać najbardziej odpowiednią opcję dla siebie.

Park podzielony jest na dwie części, Jeziora Górne i Jeziora Dolne. My zwiedzanie zaczęliśmy od Jezior Dolnych, które zarazem stanowią główną atrakcję. Nie da się opisać słowami tego co w Plitwicach można zobaczyć, dlatego poniżej zamieszczam zdjęcia, które mam nadzieję niejedną osobę zachęcą do odwiedzenia tego magicznego zakątka Chorwacji.
DSC02381
Wielki Wodospad (Veliki slap) widziany z góry po wejściu do Parku. Jest to najwyższy, mierzący 78 metrów wysokości wodospad w Chorwcji

DSC02385
Większość Parku zwiedzamy chodząc po drewnianych kładkach zamontowanych pomiędzy jeziorami

DSC02389
Kolor i przejrzystość wody nie ma sobie równych chyba nigdzie w Europie

DSC02411

DSC02424

DSC02430

DSC02481
Górne Jeziora może nie są tak spektakularne jak Dolne ale są równie piękne

DSC02485

DSC02513

Więcej zdjęć

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s